Masz czasem tak, że nagle w twojej głowie, ni stąd ni zowąd, zupełnie bez zaproszenia, pojawia się natłok różnego rodzaju myśli, pomysłów, tematów wymagających niezwłocznego spisania? Albo ulewa pojedynczych zdań, dialogów, czasem całych scen albo i nawet szereg wydarzeń na przykład z uniwersum twojej ulubionej książki/filmu, domagających się jak najszybszego przelania na karty twojego opowiadania z niezwykle wciągającego gatunku fanfiction?

Ja tak mam. I nie zliczę ile to już tego typu rzeczy spisywałam, jak to się mówi, „do szuflady”, by w końcu dały mi spokój 🙂

Do założenia bloga przymierzałam się tak naprawdę od lat. Ale jak to zwykle bywa, powstrzymywały mnie „rzeczy ważniejsze”, sprawy nie cierpiące zwłoki, czasem brak weny czy też ten słynny słomiany zapał. To znaczy coś tam się w temacie zadziało… i to by było na tyle.

Do tego – przez mój „prawie perfekcjonizm” – wszystko co robię, chcę zrobić najlepiej jak mogę, najlepiej przy tym unikając typowych błędów, idealnie za pierwszym razem, tak jak to ma być. Co przejawia się tym, że zanim cokolwiek nowego zacznę, sięgam języka u osób, które już dawno przetarły szlaki i są zwyczajnie mądrzejsze w danym temacie ode mnie – to znaczy sięgam do wujka Google. Zwyczajnie nie lubię nie być przygotowana i niemiło zaskakiwana, więc dużo, dużo czytam. By potem nie okazało się, że zmarnowałam mnóstwo czasu i nerwów, a spokojnie mogłam błędu uniknąć. To samo było w przypadku zakładania bloga – jeszcze nie wiedziałam, o czym chcę pisać, a już szukałam informacji na temat SEO, obowiązków związanych z RODO (tak tak, dobrze czytasz, rzecz niezwykle ważna w blogowaniu, na którą trafiłam przypadkiem, a której totalnie nie byłam świadoma), bawiłam się coś tam z WordPressem itp. itd.

Trochę takie moje przekleństwo, ten „prawie perfekcjonizm”. Ale nie powiem, tyłek uratowało nie raz. Głowę też.

I tak minęło nie wiem ile lat, aż do wyjazdu mojego i mojego Szanownego Męża w zaległą podróż poślubną do Tajlandii. Jak zawsze, zaczęłam czytać, szukać informacji na co zwracać uwagę, co warto zobaczyć, co ewentualnie załatwić albo zabrać. Szanowny też zresztą się zainteresował, w końcu kierunek: Tajlandia to była jego propozycja, na którą ucieszyłam się jak małego dziecko cieszy się na widok lizaka czy nowej zabawki. Po przemierzeniu połowy internetu byłam jak zawsze pewna, że nie zaskoczy mnie na wyjeździe zupełnie nic.

No i oczywiście zaskoczyło. A z kolejnymi niespodziewankami znów, jak dawno ich nie było, tak podczas tego urlopu nagle w mojej świadomości pojawiło się tyle tematów na wpisy, że w głowie się nie mieści. Normalnie gdzie nie spojrzałam, to wielkimi jak neonowy banner literami miałam wypisane całe akapity tekstu do opublikowania. Pal licho, że pewnie nikogo moje wypociny absolutnie nie obchodzą, bo ma lepsze rzeczy do roboty niż czytanie pierdół. Ale naprawdę zaczęłam szybko żałować, że nie zabrałam ze sobą grubego notesu (ja wiem, że istnieje coś takiego jak smartfon, no ale ludzie, ja na wakacjach nie przesiaduję z nosem w telefonie…). Gdzieś ta kiełkująca swego rodzaju tęsknota za własnym blogiem powróciła z mocą tsunami i tak, czekając długie godziny na lotnisku na samolot powrotny do Polski, miałam już opłaconą domenę i hosting, a w głowie układałam sobie plan wpisów na kolejnych kilkadziesiąt tygodni…

Jest takie stare chińskie przysłowie:

Lepiej na starość żałować, że coś się zrobiło, niż żałować, że się czegoś nie spróbowało.

Zatem witam Cię na moim blogu i mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej – choćby i to było z nudów 😉

Panna Aluzja pozdrawia serdecznie i zaprasza z kawą.

 

 

Jeśli chcesz, dodaj mój blog do obserwowanych na Bloglovin.

 

 

Zostaw komentarz

* Korzystając z tego formularza zgadzasz się na przechowywanie i przetwarzanie twoich danych przez tę stronę internetową.